Chyba jestem jakimś psycholem, bo z innego forum pogonili mnie do specjalistów, czyli do Was, drodzy użytkownicy/psycholodzy/psychiatrzy :p
Pozwolę sobie skopiować treść postu, który tak ładnie naskrobałam na poprzednim forum, gdzie chyba wszyscy bali się podjąć jakiejkolwiek dyskusji. Mam nadzieję, że może tutaj ktoś będzie chciał na ten temat coś wspomnieć. Prawdę mówiąc liczę na to. Otóż:
Nic już nie jest takie, jakie było.. Bardzo długo chciałam się łudzić, że wszystko może wrócić do normy, że przecież nadal jestem taką radosną, energiczną dziewczyną, której wszędzie pełno. Angażowałam się w mnóstwo różnych rzeczy, a teraz? Nawet nie chce mi się wyjść na imprezę z towarzystwem z roku. Właściwie to nigdzie nie chce mi się wychodzić.
A wszystko zmieniło się wówczas, gdy mój najbliższy przyjaciel popełnił.. sami-wiecie-co (rok temu). Niestety.. bardzo przykra sytuacja. Nie będę opowiadać szczegółów, bo nie raz i nie dwa to przerabiałam. Z przyjaciółką, rodzicami, rodzeństwem. Tego nie da się opisać.
Bardzo długo byłam przygnębiona z tego powodu. Nadal mam to w pamięci, i chcę mieć, ale mam też świadomość tego, że trzeba żyć dalej i przeszłości już się nie cofnie. Kiedy stwierdziłam, że dość, chcę żyć pełnią, cieszyć się, robić mnóstwo rzeczy, jak dawniej - zorientowałam się, iż już tak nie mogę, nie potrafię. Kiedyś potrafiłam się ciszyć z najdrobniejszych sytuacji: ot, słońce wyszło zza chmur lub mucha siadła na nosie, albo kot śmiesznie gonił za myszą w trawie. Coraz częściej zauważam moje reakcje po tej przykrej sytuacji: uśmiechnę się, pocieszę dwie minuty, ale zaraz milknę, cichnę, wycofuję się..
Tak też jest w towarzystwie. Stałam się osobą nieśmiałą, którą nigdy wcześniej nie byłam. Stałam się szarą, cichą myszką, która boi się użyć ciętej riposty do kogoś, kto ją wkurzył. Na korytarzu w uczelni najpierw rozglądam się wokół, czy przypadkiem w tym towarzystwie mogę się głośno roześmiać, czy nie krąży ktoś kogo się wstydzę, lub kogo niezbyt lubię. Zaczyna mnie to bardzo męczyć. Nie znam siebie takiej, nie umiem się zachowywać nową sobą. Nawet ja sama zauważam, że czasem reaguję sztucznie na pewne sytuacje, bo boję się zareagować "po staremu" i nawet nie mam ochoty się tak zachować.
Jak to zmienić? Jak po takiej tragicznej stracie kogoś, kto był dla mnie bardzo wartościowy i bliski, bardzo dobrze mnie rozumiał, komu nie musiałam tłumaczyć wielu spraw, bo rozumiał je bez tego, był przy mnie bardzo długo.. jak wrócić po takim czymś do życia? Jak otworzyć się w towarzystwie na ludzi, których niby znam z uczelni czy z innych zakątków świata, ale nigdy nie poznałam zbyt głęboko, bo miałam tego przyjaciela i to mi wystarczało?
Stos pytań, marne odpowiedzi w głowie.
A mnie w życiu po prostu smutno..
Właściwie chyba cały czas próbuję w ludziach odnaleźć mojego przyjaciela, ale niestety nie ma drugiej takiej samej osob